Post-Fryderykowe refleksje

Fryderyk

What Would Taco Do?

Moje wystąpienie w czasie gali „Fryderyków 2018” spotkało się z wieloma pozytywnymi komentarzami ze strony osób bliskich sercem hip-hopowi, chciałbym jednak by było dobrze zrozumiane także przez te osoby, które do hip-hopu nastawione są bardziej chłodno. Zwracając się do szanownej Akademii z apelem, by poświęciła więcej uwagi nominacjom, nie starałem się oceniać tej czy innej płyty. Za tym apelem stała troska o ważny dla wszystkich obecnych na sali prestiż tych nagród. Jak wiadomo „Fryderyki” podobnie jak np. „Oskary” (no pun intended) praktycznie zawsze budzą kontrowersje i nie jest cynicznym stwierdzenie, że najbardziej niezadowoleni są ci, których faworyci odpadli, a nagrody chwalą ci których faworytów nagrodzono. Mimo tego, że o „Fryderykach” w hip-hopie nie mówi się najlepiej, jako „Akademik fonograficzny” wiem, że do kategorii hip-hop zgłasza się co roku praktycznie cała „Serie A” polskiej sceny hiphopowej. Czy chcemy czy nie, innych tak powszechnych i tak obecnych w mainstreamie mediowym nagród dla hip-hopowych artystów nie ma i pewnie nie będzie. Ciekawą obserwacją jest fakt, że właśnie pominięty w nominacjach Quebonafide pogratulował publicznie Filipowi tegorocznego wyróżnienia w czasie wspólnego koncertu Taconafide w Poznaniu, jeszcze w trakcie trwania gali. 

Stąd też, dla mnie osobiście jako przedstawiciela wytwórni, która czwarty rok z rzędu wygrywa „Fryderyka” w kategorii hip-hop, ważne jest by wiarygodność tej nagrody była możliwie największa. Możemy dyskutować nad przewagą newschoolu nad oldschoolem, czy wyższością hiphopu ulicznego nad „inteligentnym”, ale brak w nominacjach bestsellera rynku polskiego 2017 jest po prostu rażącą usterką tegorocznych nominacji i z subiektywnym gustem Akademików nie powinno mieć nic wspólnego. Zwycięstwo (o ile nagrody muzyczne w ogóle można rozpatrywać w kategoriach sportowych) smakuje lepiej gdy konkurencja w kategorii jest silniejsza.

Dla przeciwwagi kilka pozytywnych zdań o samej imprezie. Pamiętam moją pierwszą galę. Zakurzona Sala Kongresowa i koncert Roxette, na którym połowa ludzi wyszła. Teraz mamy kameralny, ale elegancki Teatr Polski i scenografię, która razem ze światłami zachwyca mnie już któryś rok z rzędu. Galę prowadzi Agnieszka Szydłowska, moja młodsza koleżanka z szalonych czasów Radiostacji. Kuba Karaś z Dumplings i Wojtek Urbański z Rys za deckami . To są naprawdę dobre zmiany. Nie rozumiem kąśliwych uwag o pompie. Ktoś myli rozdanie nagród branżowych z Record Store Day. Ja nie chcę rap pakamery, mają być czerwone dywany i ścianki.

Teraz komentarz o kończącym moje wystąpienie pytaniu dotyczącym kolejności przyznawania nagród. Szczerze mówiąc, ta wątpliwość nasunęła mi się dopiero w czasie gali i oczywiście należy ją traktować z przymrużeniem oka. Oczywiście, że nie ma większego znaczenia, kto kiedy odbiera nagrody. Zastanawiam się jednak,  opierając się bardzo abstrakcyjnie na kolejności „Fryderyków”, ile jest w tym zjawiska, o którym Filip Kalinowski pisał jako o „mieszance lekceważenia i strachu” branży muzycznej do hip-hopu w Polsce. Pod względem „wagi netto” rynku, czyli ilości sprzedawanych płyt i granych koncertów, hip-hop moim zdaniem jest w Polsce na topie. Myśląc na zimno i biorąc to pod uwagę, powinniśmy, w zależności od scenariusza, albo otwierać galę albo w kulminacyjnym punkcie uroczystości ją kończyć. Tymczasem jesteśmy wetknięci wstydliwie gdzieś między muzykę rockową a jazzową 🙂

Przesadzam, ale jestem przeczulony, bo cały czas dręczy mnie fakt zapisu na rap w polskich stacjach radiowych, ale to temat na następny wpis.

PS.

Problemy Pierwszego Świata: odebrałem już 8 Fryderyków w imieniu moich artystów, ale w biurze Asfalt Records nie stoi ani jeden, bo wszystkie skwapliwie przekazałem Laureatom. Nie mam prawa dokupić oficjalnie statuetek na swoje potrzeby. Dodatkowe kopie statuetki może dokupić tylko nagrodzony artysta jeśli przydziałowe dwie sztuki nie wystarczają np. na cały zespół. Lobbowałem już w Zarządzie ZPAV na temat zamiany regulaminu w tej kwestii, ale póki co bez powodzenia.

Trzy nagrania z nowego Flirtini, których nie możesz przegapić.

Flirtini "Heartbreaks & Promises vol. 4"Kompilacja „Heartbreaks & Promises vol. 4” już jest na rynku, a płyta kryje w sobie więcej pereł niż to co poznaliście na singlach.

 

Wozz Lozowski / Gedz / Spisek Jednego — “Amy”.

Choć warsztat wokalny Wozzo zapewne znacząco się nie zmienił na przestrzeni kilku ostatnich lat, to szczerze mówiąc jest to nie tylko pierwszy jego utwór, który przypadł mi do gustu, ale jest to jednocześnie po prostu mistrzowsko zrobione męskie r’n’b po polsku. O najwyższe podium może śmiało walczyć z numerem Vito z Bitaminy na ostatnim albumie Rasmentalism. Polskie r’n.b to był zawsze grząski i niebezpieczny temat. W najlepszym wypadku można było popaść w zwykły pop (były czasy, gdy nie był modny), a w najgorszym wypadku autorowi groziły rejony muzyki chodnikowej. Jak widać Wozzo potrzebował po prostu doskonałych producentów wykonawczych i muzycznych, bo w tym numerze jego talent został wykorzystany w pełni, czy wręcz został wzniesiony na inny level. Należy to docenić tym bardziej, że na mikrofonie nie jest tu sam: Gedz leci poprawnie i zacnie, ale jednocześnie zaznacza precedens gdy raper nie przyćmiewa towarzyszącego mu wokalisty (inna sprawa, kto komu towarzyszy). Osobne brawa dla Spiska, dla którego ten numer to niezwykle silna pozycja w już silnym CV. Hipnotyczne klawisze i baseballowy bas robią robotę a co najważniejsze fantastycznie współgrają z głosem Wozzo. Do tego oldschoolowe chórki, które nigdy nie były tak udane. Gratuluję i chciałoby się powiedzieć – podążajcie tą drogą.

Ralph Kaminski / Szatt — “Melancholia”

Szczerze mówiąc kariera utalentowanego Ralpha Kaminskiego jakoś do tej pory nie pobudzała mojej wyobraźni, aż do momentu, w którym pierwszy raz usłyszałem „Melancholię”. Jeden z najlepszych u nas głosów, z charyzmą spokoju wykorzystał doskonałą produkcję i aranżację od Szatta. Słuchając tego numeru do głowy przychodzą mi skojarzenia z Anthony Hegarty, może trochę przesadzone, ale co ja na to poradzę jeśli takie skojarzenia mi się pojawiają. Elegancka ekspresja w wykrzyczanych wersach przypomina klasyków lat 80ych. Niepowtarzalny Klimat.

Mrozu / Flirtini — “Ikar”

Na koniec znany wprawdzie od długiego czasu numer singlowy, a wręcz teledyskowy. Znalazł się jednak w tym mini-zestawieniu nie bez powodu. Album Mrozu „Zew” to jedna z kilku najlepszych pozycji na polskiej scenie w zeszłym roku. Mrozu porzucił dotychczasowy styl i repertuar na rzecz muzyki zdecydowanie ambitniejszej choć nadal pozostał w klimatach (dobrej) muzyki rozrywkowej. Niestety branża i rynek mają długą pamięć, o czym mogłem się przekonać osobiście  starając się o airplay dla „Ikara”. Flirtini precyzyjnie wybrało dobrego partnera do swojego jedynego autorskiego numeru na kompilacji, a Mrozu spełnił pokładane w nim po „Zewie” nadzieje. Klasa. Dodatkowo Mrozu jest profesjonalistą na scenie, o czym mogłem się przekonać na koncercie promującym „Heartbreaks & Promises” w warszawskiej „Lunie”.

Wszystkie trzy utwory łączy jedno – zostały zaśpiewane po polsku przez artystów inspirujących się nierzadko egzotycznymi na naszej scenie nurtami. To się udało, nie przez przypadek. Choć rozumiem politykę stojącą za anglojęzycznym repertuarem, to tutaj sztuka zdarza się wtedy, gdy przekaz, jaki by nie był, jest szczery i autentyczny, czyli bez tłumaczenia.

Na koniec osobista refleksja nad całą serią wydawniczą „Heartbreaks & Promises”. Bardzo się cieszę, szczególnie z perspektywy czwartego wolumenu, że Flirtini wybrało Asfalt Records na oficynę dla tego wydawnictwa. Nazwa „kompilacja” dla każdego z tych albumów jest nieco krzywdząca, gdyż praca producentów wykonawczych nie sprowadzała się do ułożenia tracklisty. Takie utwory jak wspomniana powyżej trójka, czy znany z poprzedniej części hit Julii Wieniawy z Zeppy Zepem „Na zawsze” nie powstałyby spontanicznie czy tylko z inicjatywy biorących udział w nagraniu artystów. Za to dla Mentosa i Jedynaka wielkie brawa.